Rozdział VII ~ „Świetny nauczyciel(?)”

Po raz kolejny obudziła się zlana zimnym potem. Niby już się do tego przyzwyczaiła. Po raz pierwszy jednak od kilku dni jej sen był inny. Choć nie mniej okropny. Tym razem, zamiast do ciemnego, wieczornego lasu jej wyobraźnia przeniosła ją tutaj, do Hogwartu, a dokładniej na tę samą kanapę, na której wczoraj doszło do niezbyt przyjemnej rozmowy pomiędzy  dwójką gryfonów dopiero co przybyłych do szkoły.
Arianne pokręciła głową z niedowierzaniem. To było żałosne. Popełniła okropny błąd tak go wtedy traktując. Przecież nic takiego nie powiedział. Z resztą, już wczorajszego wieczoru była tego świadoma.
Po krótkiej chwili przypomniała sobie, gdzie właściwie jest. Był wczesny ranek, choć przez okno wpadał już do pokoju blask sennego słońca. Arianne przetarła oczy i rozejrzała się po pokoju. Dziewczyny nadal spały.
Starając się robić to jak najciszej Ruda wygramoliła się z łóżka i biorąc ze sobą potrzebne rzeczy przemknęła na palcach do łazienki. Szybki prysznic, mycie zębów, ubieranie, czesanie… Rutynowe przygotowania do szkoły. Pierwszy raz jednak w tak obcym jej miejscu. Westchnęła cicho spoglądając na swoje odbicie w lustrze. Jak zwykle spoglądała na nią wysoka, szczupła nastolatka o intensywnie zielonych oczach i rudych, lekkich falach opadających w idealnym ładzie na smukłe ramiona.  Spojrzała niepewnie na kosmetyczkę i wystający z niej błyszczyk do ust, który wcisnęła jej mama z tym głupim tekstem: „a może spotkasz tam jakiegoś przystojnego czarodzieja”, po czym zaśmiała się sama z siebie przyłapując na tym, że pierwszą osobą, która przyszła jej na myśl jest Nathan. Spojrzała ponownie w lustro. A może jednak lekki makijaż nie zaszkodzi? Przecież ma już 15 lat, większość jej rówieśniczek mogłaby być już zawodowymi wizażystkami, a ona nie wiedziała nawet czym różni się podkład od bazy.  No bo na co jej takie informacje, skoro tego nie używa?  Przygryzła lekko jak zwykle czerwoną wargę i spojrzała na rzęsy. Czarne, długie, gęste. Ech, nie. Nie potrzebowała makijażu. Odrobina tuszu sprawiłaby, że rzęsy wyglądałyby strasznie nienaturalnie.
Wyszła z łazienki i spojrzała z westchnieniem na zegarek. Dochodziła dopiero szósta, a śniadanie miało się zaczynać o ósmej. Zerknęła z niechęcią na stos nowych książek. W sumie co innego ma do roboty? Wrzuciła kilka podręczników do torby zatrzymując się przy niewielkim czarnym zeszycie. Przejechała opuszkami palców po złotym, ręcznie robionym napisie „Ginewra Weasley  –  Najsekretniejsze myśli ubrane w słowa”, po czym wrzuciła dziennik pomiędzy resztę i ostrożnie wyszła z wysokim stosem książek z pokoju. Schodzenie po schodach okazało się nie lada wyzwaniem z ograniczającymi widoczność, ciężkimi  podręcznikami.
_________________________________________________
Po raz kolejny przeklął przewracając się na drugi bok. Tej nocy obudził się już trzeci raz. A przecież tak bardzo się namęczył, żeby w końcu zasnąć. Schował głowę pod poduszką chowając się przed dobijającym się przez okno światłem. W końcu jednak doszedł do wniosku, że to nie ma najmniejszego sensu. Nawet gdyby udało mu się teraz zasnąć, pewnie znów przyśniłyby mu się głupoty albo koszmary. Zerknął niechętnie na zegarek. Było wpół do szóstej, do śniadania jeszcze daleko. Podniósł się niechętnie z łóżka i odgarnął ciemne włosy z oczu.
Nie dbając zbytnio o ciszę wszedł spokojnie do łazienki. Znów patrzył w to samo szkolne lustro ozdobione po bokach zdjęciami z ostatnich meczy Quidditcha. Uśmiechnął się pod nosem na widok własnego siebie niesionego na szpitalnych noszach i nadal trzymającego znicz z głupawym uśmieszkiem. Wziął się za rutynowe czynności takie jak prysznic, mycie zębów, ubieranie… Po kilkunastu minutach podszedł do lustra i przyjrzał się swojemu odbiciu bliżej. Zerkał na niego nadal zaspany, przystojny, wysoki, bardzo dobrze zbudowany nastolatek o niebieskich oczach i ciemnych, opadających niedbale włosach.
Po kilku minutach wpatrywania się tępym wzrokiem we własną postać zdał sobie sprawę z bezsensu tej czynności i wyszedł z łazienki nie wiedząc co ze sobą zrobić. Usiadł na łóżku i rozejrzał się po pokoju. Jego wzrok przykuł bałagan na zawsze idealnie uporządkowanym biurku Brandona. Zmarszczył brwi podchodząc bliżej i zerkając na notatki walające się praktycznie wszędzie. „…w układzie gwiazd badanym właśnie przez Firenzo…” -„cholera!”-mruknął Nathan przypominając sobie o dzisiejszym wypracowaniu na wróżbiarstwo. Zerknął ponownie na zegarek. Zostało mu sporo czasu. Może uda mu się wymyślić coś przed śniadaniem. Złapał podręcznik do wróżbiarstwa, kilka zwojów pergaminu i resztę potrzebnych mu rzeczy, po czym wybiegł z pokoju.
_______________________________________________________
Klęła na siebie w duchu próbując wyczuć nogą kolejny stopień i wychylając głowę znad stosu książek. Po co wzięła to wszystko? Nie mogła wybrać kilku książek w pokoju? Ale teraz nie było już odwrotu, stała na środku schodów bezradnie modląc się, by ominąć w końcu ostatni stopień.
Kolejny krok i… poczuła jak stopa ześlizguje się ze stopnia.
-Aach! – z jej ust odruchowo wydobył się cichy pisk. Zmrużyła oczy przygotowując się na upadek i wypuszczając księgi z rąk. A jednak, zamiast ostrego bólu poczuła czyjeś ręce na plecach. Uchyliła oko ze zdziwieniem spoglądając na swojego wybawcę. Pierwsze co zobaczyła to naturalnie jego nienaturalnie intensywne, błękitne oczy patrzące na nią ze zmartwieniem. Rozejrzała się dookoła. A więc to musiał być chyba ostatni stopień, bo stali już na prostej podłodze w pokoju wspólnym, otoczeni stosem ksiąg i kilku pergaminów.-Refleks szukającego.-uśmiechnęła się niepewnie próbując jakoś rozładować napięcie.
-Jesteś cała? – upewnił się.
-Tak, dziękuję. – spuściła wzrok. – znów bawisz się w mojego bohatera. Co tu robisz tak wcześnie? – zapytała czując jak chłopak opuszcza ją powoli na podłogę, z której od razu zaczęła zbierać podręczniki.
-Nie mogłem spać, poza tym praca z wróżbiarstwa sama się nie napisze niestety. –odparł pomagając jej z książkami.-skąd wiesz o Quidditchu?
-Każdy hogwartczyk kocha tą grę i zna tabelę wyników na pamięć. Próbuję się dopasować.-uśmiechnęła się.-jesteście świetni.
-A więc zmieniłaś podejście do nauki latania?
-Jeśli chodzi Ci o strach wejścia na niestabilne, latające coś, co w bajkach zawsze jest własnością wrednych, starych wiedźm, to nie, on nigdy się nie zmieni.-mruknęła.
-A więc jestem wredną starą wiedźmą?- słysząc te słowa Arianne roześmiała się.
-Skąd.
-Jaasn… – zaczął, ale nie dokończył nawet pierwszego słowa. – Pamiętnik Ginevry Weasley. – szepnął nie wierząc własnym oczom.
-Gdyby nie ta mała, głupia książeczka nie byłoby mnie tu dzisiaj.-odparła smętnie Arianne podnosząc ostatnią książkę i dokładając ją do nowego stosu.
-Przecież mówiłem Ci, że byłaś czarodziejką zanim to się stało.
-Życie pod urokiem tego gościa byłoby łatwiejsze. Nie prosiłam się o te całe magiczne zdolności.-mruknęła ruszając w stronę najbliższego stolika.
-Przestań. Masz takie możliwości… -odparł doganiając ją i zabierając jej książki z rąk, by ta nie musiała ich dźwigać.
-Proszę Cię, przestań to powtarzać.-mruknęła siadając przy stoliku.-a tak w ogóle, to wracając do naszej wczorajszej rozmowy… Przepraszam. Nie wiem co we mnie wstąpiło.
-Spokojnie.-posłał jej uspokajający uśmiech siadając obok niej.-Rozumiem. Nowe środowisko i tak dalej. Masz prawo się denerwować.
-Nie mam prawa wybuchać z byle powodów.
-Och tam. Nie marudź. Powiedz mi, do czego Ci to wszystko? – spojrzał na książki.-przecież nie masz jeszcze żadnych zadań.
-Postanowiłam nie robić z siebie tak totalnej debilki i pouczyć się choć trochę przed pierwszą lekcją.
-Jakiej znów debilki, Arianne, przecież jesteś… – widząc jej spojrzenie przerwał. – to od czego zaczynamy?
-Przecież masz wypracowanie z wróżbiarstwa.
-Oj tam wróżbiarstwo. – przewrócił oczami – Merchant mnie uwielbia, przyniosę na następny termin. – posłał jej łobuzerski uśmiech. – Na pierwszy ogień proponuję jedno z najłatwiejszych zaklęć. Wingardium Leviosa.
-Zaklęcia? Już? Od razu? Liczyłam na odrobinę teorii…
-Wingardium Leviosa to  zaklęcie, które wprawia dany przedmiot w lewitację, inaczej mówiąc sprawia, że dany przedmiot lata. Tyle wystarczy? – uśmiechnął się do niej trochę złośliwie.-A teraz powtórz: Wingardium Leviosa.
-Wingardium Leviosa.- odparła beznamiętnie szukając w podręczniku czegoś więcej na temat tego zaklęcia.
-Z uczuciem-roześmiał się. – Wingardium Leviosa.
-Och, Nathan… – mruknęła obojętnym tonem. – daj spokój. Nie nauczę się zaklęcia w pięć minut.
-Arianne. – uniósł lekko jej podbródek odrywając jej wzrok od książki. – Wingardium Leviosa.
-Wingardium Leviosa. – odparła zahipnotyzowana jego oczami.
-Brawo. – uśmiechnął się. – a teraz różdżka. – podał jej różdżkę i poprowadził jej rękę tworząc nieskomplikowany ruch w powietrzu.-A teraz spróbuj podnieść tą książkę.
-Nathan, nie umiem.
-Spróbuj.
-Nie.
-Spróbuj.
-To nie ma sensu.
-Arianne. Spróbuj.
-Ech. Wingardium Leviosa. – mruknęła obojętnym tonem i machnęła różdżką pewna, że nic się nie stanie. – Kiedy książka do transmutacji nagle wzniosła się w powietrze wytrzeszczyła oczy nie wierząc.
-Woow..-mruknął patrząc na dziewczynę z zachwytem. – Za pierwszym podejściem. Jesteś niesamowita.-wyszeptał.
-N-niee.. To nie mogę być ja. Ja nie potrafię…- wydukała opuszczając różdżkę, a równo z jej ruchem upadła książka. Dziewczyna już chciała wstać, by podnieść książkę, jednak Nathan zatrzymał ją.
-Zaczekaj. Spróbujmy czegoś innego. Skup się na książce. A raczej na miejscu w którym leży. Unieś różdżkę w górę i wypowiedz „Accio książka”.
-Nathan, ale ja nie potrafię.
-Spróbuj.
-Accio książka. – mruknęła Ruda, tym razem jednak nic się nie stało. – widzisz?
-Bo sama w siebie nie wierzysz. Spróbuj jeszcze raz.
-Accio książka. – powtórzyła, a ku jej zdziwieniu podręcznik wzniósł się w powietrze i zatrzymał się tuż przed jej nosem, by po chwili upaść na jej kolana.
-Arianne… Ty jesteś niesamowita… – zachwycił się, a dziewczyna tak po prostu rzuciła mu się na szyję.
-Boże, Nathan! Ja.. ja ci dziękuję! Ja ci tak strasznie dziękuję!
-Ale za co? To ty. To wszystko zrobiłaś ty!
Przez kolejne kilka minut Nathan wertował kartki książki do wróżbiarstwa, a Arianne co chwilę znajdowała coraz ciekawsze zaklęcia, których chciałaby się nauczyć. Po chwili jednak zerknęła na zakłopotaną minę towarzysza.
-Może mogłabym Ci jakoś pomóc? Na jaki to temat?
-Układy gwiazd. – mruknął.
-Serio? – uśmiechnęła się.  – interesuję się kosmosem.  Co dokładnie chciałbyś wiedzieć?
I tak właśnie piątkowe wypracowanie Nathaniela zostało napisane w ciągu 45 minut. Kiedy skończyli powrócili do księgi zaklęć.
-Avis? – przeczytała z uśmiechem na ustach. – Znasz to zaklęcie?
-Jasne. Jest całkiem łatwe. Trzeba się tylko skupić. Spójrz. Avis. – machnął różdżką, a po chwili ponad nimi latały wesoło świergoczące ptaszki.
-Piękne są. – szepnęła. – Avis. – mruknęła powtarzając ruch Nathana, jednak nic się nie wydarzyło. –Avis. – powtórzyła nadal się nie poddając. Znów brak rezultatów. Westchnęła opierając głowę o jego ramię. – nie umiem.
-Spokojnie. Dopiero się uczysz. Poza tym jak na pierwszą lekcję idzie ci świetnie. – pogładził ją po włosach. – Finite. – dodał, po czym ptaki zniknęły.
-Ale… one były takie piękne. – mruknęła prostując się. – Avis. – spróbowała ponownie z błyskiem determinacji  w oku. Po chwili ponad nimi zmaterializował się malutki ptaszek świergoczący cicho. – Udało się! – krzyknęła uradowana.
-Potrzebujesz tylko dobrej motywacji.-uśmiechnął się patrząc na nią z coraz większym podziwem.
-Nie wierzę.
-Mówiłem Ci, że jesteś niezwykła.
-Wcale nie. – burknęła wracając do lektury na co Nathan odpowiedział jej tylko śmiechem.
-A może coś łatwiejszego? – odezwał się po chwili. – Lumos. – powiedział, a z końca jego różdżki wytrysnęło jasne światło. – Nox. – po chwili blask zniknął.
-Spróbuję. Lumos. – szepnęła uzyskując zamierzony efekt. – Nox. – światło zanikło.  – Nathan! Ja umiem! – ponownie rzuciła mu się na szyję, kiedy do pokoju wspólnego weszło kilka nie znanych jak na razie Arianne osób. Słysząc ich kroki. Odsunęła się od chłopaka. – Dziękuję. Naprawdę bardzo, bardzo ci dziękuję.
-Ależ nie ma za co. – uśmiechnął się składając zwoje pergaminów.
Przez resztę czasu wolnego czytała pozostałe książki dbając głównie o teorię. Piętnaście minut przed ósmą obok niej zjawiły się Eve, Amy i Brooke, z którymi udała się do Wielkiej Sali.

Rozdział VI ~ „Wyjaśnienia”

Szaleństwo. Gdzie są jego granice? Gdzie kończy się zagubienie, a zaczyna stan, w którym… No właśnie. Czym jest szaleństwo? Obłęd? Jakie czynniki na nie wpływają? Co może stać się tak ważnego, by skłonić człowieka do szalonych myśli i czynów, nie koniecznie w pozytywnym sensie tego określenia. Skąd wiedzieć, że to już? Skąd wiedzieć, że nie kontrolujesz już samego siebie? Wszystko robisz pod presją, jakby to ktoś kierował Twoim ciałem. Masz wrażenie, że drżysz, jesteś bezsilny, opadasz z sił. Upadek emocjonalny zadaje kolejny ból. Konasz. Konasz z bólu. Umierasz. Niestety, nie w rzeczywistości. Umiera jedynie twoja trzeźwość. A bez niej, stajesz się szaleńcem.
Jaki to ma związek z piętnastoletnią Arianne? Tą samą, która z własnej winy zniszczyła całe dotychczasowe życie i zapewniła sobie obowiązek zmiany. Ta zmiana, te nowe przeżycia, osoby i emocje przytłaczały ją. Od początku niepokoiła się o swoje myśli. Już przed wyjazdem uważała się za szaleńca. Ostatni wieczór sprawił, że miała ochotę po prostu… Udać się do szpitala dla chorych umysłowo, przyjąć pozycję embrionalną w pokoju dla chorych specjalnie i już nigdy z niego nie wychodzić. Niestety, aktualnie zamiast tego leżała pod kołdrą w nieswoim, obcym łóżku, w obcej sypialni, w obcej szkole, w obcym świecie. Po raz kolejny odtwarzała w głowie dzisiejszy dzień, najbardziej skupiając się na jednej rozmowie.
________________________________________________________________
-Co? – zszokowana Arianne wpatrywała się w Nathana z mieszaniną niezrozumienia, dezorientacji i złości. – „Nie całkowita prawda”?! – zacytowała – Ty sobie chyba żartujesz. Jak to Szpital Świętego Munga? Przecież jeszcze chwilę temu chciałeś mnie zanieść do skrzydła szpitalnego tutaj, w Hogwarcie. Dlaczego Ty…?
-Bo widzisz… Pani Menslear nie jest w stanie uleczyć… poważniejszych… chorób.
-Jesteś chory? – to zdanie wypowiedziała zupełnie innym, pełnym współczucia głosem.
-Niee. – prychnął z rozbawieniem.
-Więc dlaczego?
-Ech… Może zacznę tak całkiem, całkiem od początku. Tak więc… Mój ojciec, którego miałaś już okazję poznać…
-Jak to? Kiedy? – przerwała ze zdziwieniem, jednak widząc jego wymowną minę zamilkła.
-Pytania zostaw na koniec. Więc… mój ojciec jest pracownikiem Ministerstwa Magii i zajmuje się między innymi wykrywaniem młodych czarodziei z rodzin mugolskich, by później zostali oni poinformowani i wysłani do szkół. I… widzisz… jak wspominałem, Ty jesteś jednym z nich. Jesteś czarownicą wywodzącą się z mugolskiej rodziny. Zgodnie z prawem mój ojciec powinien Cię wykryć i poinformować odpowiednie służby, niestety było coś, co nie pozwoliło mu na to. Od pewnego czasu w świecie magii zaczął się panoszyć pewien czarnoksiężnik, który nazywał się Nowym Lordem Voldemortem. I faktycznie, z czasem zbliżał się do tego celu. Myślę, że Lorda Voldemorta…
-Znam. – urwała krótko, by kontynuował opowiadanie.
-Więc rzekomy „Nowy Lord Voldemort” najwyraźniej uznał Cię za potencjalne zagrożenie, podobno była jakaś legenda, urodziłaś się w odpowiednim dniu, godzinie i tak dalej, no i on uznał Cię za jakiś odpowiednik Pottera, czy coś. Uznał, że jeśli nie pójdziesz do szkoły, nie będziesz zagrożeniem…
-Czemu mnie nie zabił? – przerwała.
-Widocznie bał się takiego skutku co z Potterem. – wzruszył ramionami, by po chwili ciągnąć dalej. – Więc od Twoich narodzin miał Cię na oku, hamował twoją magię i ukrywał przed Ministerstwem, uniemożliwiając mojemu ojcu wykrycie cię. W pewnym momencie, jednak twoja magia była zbyt silna, musiałaś się chyba ostro wkurzyć…
-Zerwałam z chłopakiem. – wyjaśniła krótko. – Biedak, ledwo uskoczył przed regałem książek… – wspomniała. – O cholera, to byłam ja?!
-Lepiej z tobą nie zadzierać…  – roześmiał się, jednak widząc jej  minę spoważniał i kontynuował opowieść. – No i byłaś za silna, pseudo Voldi cię nie pohamował i błysnęłaś na radarze. Tato od razu cię wykrył i zorientował się skąd zakłócenia i kto za tym stoi. W końcu postanowił osobiście się do ciebie wybrać i się upewnić. Po drodze spotkał samego „Nowego Voldiego” ze świtą. I to właśnie to spotkanie widziałaś
-To był twój tato?! – krzyknęła zwracając na siebie uwagę kilku gryfonów siedzących w drugim kącie pokoju wspólnego, na co Nathan wybuchnął sztucznym śmiechem.
-Hahahah, ciszej. – mruknął, poważniejąc. – Lepiej, żeby nikt tego nie słyszał. – mruknął przyciszając ton głosu. – No więc tego dnia uratowałaś mojego ojca i jednocześnie zgładziłaś „Nowego Voldiego” ratując moją rodzinę.
-Jaki to ma związek z twoim pobytem…?
-Aa, tak. No więc mój ojciec już wcześniej podejrzewał co jest grane, bo na radarze były zakłócenia. Zgadywał, że to właśnie „Nowy Voldi” za tym stoi. Chciał o tym donieść ministrowi. Ale… gość się dowiedział i chciał go zaszantażować… porywając mnie. W wakacje wtargnął do domu, no i… co mogę powiedzieć… W środku nocy stargał mnie z łóżka, nie miałem nawet różdżki, nie miałem czym się bronić. Później… spędziłem dwa tygodnie w jego lochach… No i… oberwałem… paroma Cruciatusami… – Arianne wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. – Ale.. w końcu udało mi się wyrwać… pokłócił się z jednym ze swoich sługusów, trzepnął go Avadą… a różdżka ofiary potoczyła się pomiędzy kratami… ledwo ją dosięgnąłem… i teleportowałem się pół przytomny do domu… no a później… miesiąc w Świętym Mungu i przesłuchania w Ministerstwie. Ojciec był nieźle wkurzony.  Stwierdził, że skoro Ministerstwo nic w tej sprawie nie robi, sam zacznie działać. No i zaczął wyszukiwać najpierw wszystkie jego horkruksy. Zniszczył prawie wszystkie. Został ostatni…
-Który zniszczyłam ja. – dokończyła za niego.
-Widzisz… Nie zupełnie. Zniszczyłaś kielich, który odnalazł mój ojciec. Jednak tato… on… podejrzewa, że podczas tego spotkania… powstał kolejny. I tym kolejnym… jesteś ty.
Arianne wpatrywała się w niego z niedowierzaniem. Jak to? Ona? Ona nie mogła. Wszystkie niezrozumiałe słowa pojawiające się w dzienniku Ginny wyszukiwała w Internecie. Tak samo i horkruks. Ale według Internetu horkruksem nie mógł być człowiek. Horkruksy były przedmiotami. Nie ludźmi.
-Jak? – zapytała w końcu.
-Zniszczyłaś kielich, a z niego wytrysnął ciemny płyn, pamiętasz? Sługa Voldemorta rzucił na ciebie klątwę Sectumsempra. Twoja krew wymieszała się wtedy z płynem z horkruksa. A mój ojciec, chcąc cię ratować dostarczył płyn do twojego organizmu. Ten płyn zawierał krew „Nowego Voldemorta”. A w tym jego moc. Stałaś się horkruksem, jednocześnie zyskując większą moc, niż wcześniej. Arianne… mówiłem, że jesteś świetną czarodziejką. Przejęłaś wiele cech czarnoksiężnika. Przez to wahania Tiary przydziału. Przez to chciała Cię przydzielić do Slytherinu. Ale jest też zła strona tego zdarzenia. Dopóki istnieją horkruksy, „Nowy Voldemort” może się odrodzić. Z większą siłą. Jedynym sposobem, by go unicestwić jest…
-Zabicie mnie. – dokończyła za niego. Nathan spuścił wzrok, a między nimi zapadła niezręczna cisza.
-Arianne, spokojnie. – odezwał się w końcu chłopak. – to tylko podejrzenia mojego taty, a on na pewno nie chce twojej śmierci. Dopóki ministerstwo niczego nie podejrzewa, jesteś bezpieczna. Z resztą, cała moja rodzina pracuje nad innym rozwiązaniem.
-Cała twoja rodzina mnie nie zna. Po co to robicie? – zapytała beznamiętnym głosem.
-Żadna niewinna istota nie zasługuje na śmierć. Poza tym dzięki Tobie mój ojciec żyje.
-Nie jestem niewinna. Sama wpieprzałam się w nieswoje sprawy, teraz ponoszę za to karę.
-Sama mówiłaś, że chciałaś pomóc.
-Gdybym nie próbowała, nie byłoby problemu.
-Gdybyś nie próbowała, nie miałbym teraz ojca. Mam u Ciebie ogromny dług.
-Cholera, Nathan, przestań! Widzisz tylko moje dobre strony. Zauważ też moją głupotę i naiwność.
-Jaką głupotę? Nie jesteś głupia. Przecież Tiara chciała przydzielić cię do Ravenclawu, musisz być inteligentna, mądra i sprytna, chciała przydzielić cię do Gryffindoru, więc musisz być odważna, szczera, sprawiedliwa, zastanawiała się nad Slytherinem, czyli jesteś sprytna i przebiegła, a po „Nowym Voldim” przejęłaś też jakoś cechę „czystości krwi”. Do tego jesteś niesamowicie piękna i cholernie skromna. Widzę same dobre strony, bo nie masz złych stron! Kurczę, jesteś idealna, powinnaś…
-Nie nazywaj mnie tak! Nienawidzę tego słowa. Nie jestem „idealna”. W ogóle, daj mi spokój. – wyrzuciła na jednym tchu, po czym zerwała się z kanapy i ruszyła niemal biegiem w stronę dormitorium dziewcząt, jednak nie zaszła za daleko. Nagle znikąd wyskoczył przed nią Brandon, zatrzymując ją swoim ciałem.
-Ej, ej, ej… Dokąd to? Już koniec szczerej rozmowy? A gdzie całowanie? – zapytał rozbawionym głosem.
-Daj spokój, Brandon. – mruknął z kanapy Nathan nawet nie podnosząc wzroku.
-On wie?! – Zezłoszczona dziewczyna nie zwracała nawet uwagi na zainteresowanych gapiów.
-To on namówił mnie na jakąkolwiek rozmowę. – odparł niby obojętnie podnosząc się w końcu z kanapy i ruszając w stronę własnego dormitorium.
-Ej, no co jest? To miało wyglądać całkiem inaczej. – mruknął zdezorientowany brunet
-Tsaa, tylko plan się nie powiódł, bo wbrew pozorom, nie jestem „tylko ładną buźką” i nie jestem taka naiwna, jak myśleliście! – krzyknęła już niemal czerwona ze złości dziewczyna rzucając się w stronę dormitorium i przeskakując co dwa schodki.
Dokładnie tak pożegnała większość gryfonów. Biegnąc w przeciwną stronę co Nathan, zostawiając zdezorientowanego Brandona na środku pokoju i rozbawiając resztę.
Kiedy w końcu znalazła się w „swoim” pokoju rzuciła się na łóżko z impetem. Było to bardzo ryzykowne, bo wiedziała, że kiedy już się położy, nie będzie miała sił by wstać. Nie myślała jednak o tym. Teraz w ogóle nie myślała. Natłok „nie-myśli” niemal nie rozsadził jej głowy. Chciała się zapytać „co to wszystko znaczy”, ale w jej umyśle nie było miejsca na to pytanie. Milion myśli uderzyło ją znikąd. Poczuła po prostu straszny ból. Obłęd.
Nagle do pokoju weszły trzy współlokatorki Arianne. Automatycznie zerwała się i usiadła na łóżku odgarniając rude fale z twarzy. Od razu wiedziała, że jej „mała sprzeczka” z dwoma „Huncwotami” była już na ustach wszystkich gryfonów. Widziała spięte, poważne miny dziewcząt.
-Arianne… – zaczęła Amy już od progu.
-Daj spokój. – odparła od razu Arianne
-O co poszło z Rogasiem? – nie poddawała się.
-Kim? – Arianne zmarszczyła brwi.
-Nathanem. – wyjaśniła blondynka siadając obok niej.
-Och, o nic. Mała różnica zdań… – wzruszyła ramionami Arianne. No właśnie. O co się tak zezłościła? Przecież nie powiedział nic złego. Choć w sumie…  Użył tego słowa. Tego, którego tak bardzo nienawidziła.
-Wiesz…  Jakbyś jednak zmieniła zdanie, zawsze możesz z nami pogadać… – odparła Brooke widząc, że lepiej nie drążyć tematu na siłę.
-Dziękuję, będę pamiętać. – uśmiechnęła się z wdzięcznością Arianne. – Ale teraz, jedyne co potrzebuję to kąpiel i sen. – westchnęła spoglądając na zgrabny, srebrny zegarek na lewej ręce. Dochodziła dwudziesta. Lepiej, żeby wyspała się do jutra.
-Jasne, łazienka jest twoja.-uśmiechnęła się Eve opadając na swoje łóżko. – A my się chyba bierzemy za lekcje, no nie? – skrzywiła się lekko, na co reszta westchnęła ciężko.
-Nie martwcie się, zapewne od jutra mnie też to czeka. – mruknęła Arianne sięgając po piżamę, szlafrok i resztę potrzebnych rzeczy, po czym weszła do łazienki.
***
Niestety, okazało się, że tym razem nawet gorąca kąpiel nie wystarczy. To, co zawsze ją uspakajało, teraz okazało się nie działać. Nerwy faktycznie opadły, jednak nieporządek w jej głowie nadal się nie zmienił. Narzuciła szlafrok, i wyszła z łazienki.
-Ty nie zmywasz makijażu do snu? – Eve zwęziła oczy przyglądając się jej.
-umm… Niee… – Arianne zmarszczyła brwi. – W ogóle się nie maluję.
-Więc jak Ty to robisz? – Brooke spojrzała na nią z podziwem przyłączając się do rozmowy.
-Ale co?
-No choćby te długie rzęsy.
-Nijak. – wzruszyła ramionami Arianne. – Same takie są.
-Wow. – mruknęła Brooke wracając do pracy.
-To trzeba kończyć, nie? Ruda będzie szła spać. – odezwała się w końcu Amy ziewając.
-Nie, nie, nie trzeba. – uśmiechnęła się Arianne. – W domu śpię przy podobnym świetle, bo tuż pod moim oknem stoi lampa. Nawet zasłony nic nie dają, więc jestem przyzwyczajona.
-No to spoko. – wzruszyła ramionami Eve odgarniając kosmyk czarnych włosów za ucho i wracając do zadania. W końcu jednak wszystkie dziewczyny skończyły i położyły się.
Tak właśnie Arianne leżała w ciemnościach wbijając tępy wzrok w jasny sufit i zastanawiając się, czy to już szaleństwo, czy po prostu zagubienie we własnych myślach skłoniło ją do takiego zachowania. Czy teraz, leżąc tu, całkowicie pozbawiona jakichkolwiek myśli, jest już szaleńcem, czy po prostu zagubioną, głupiutką Arianne niepotrafiącą przejść własnego życia tak jak powinna?

Rozdział V ~ „Nathan”

Witam!
Przed dzisiejszą notką chciałabym coś sprostować. Doszłam do wniosku, że może wyglądać to trochę głupio. Mało wejść, dwa komentarze, a ja nadal się nie poddaję i wlekę tego (być może żałosnego) bloga. Owszem, nadal się nie poddaję. Mam nadzieję, że jeszcze długo się nie poddam. To takie moje postanowienie. Bardzo dziękuję jak na razie tylko dwóm osobom, które skomentowały moje nieszczęsne wypociny. Niby nic, ale jednak dużo znaczą. Od razu ma się ochotę pisać kolejne rozdziały. Chociażby dla tej jednej, czy dwóch osób. Może wkrótce będzie ich więcej? Liczę na Was, dodajcie mi ochoty i weny do kolejnych wpisów! Zapraszam do czytania kolejnej notki. (W końcu kończę z formalnościami i mogę się skupić na akcji, a nie planowaniu!)
~Autorka
_______________________________________________________________
Setki oczy wpatrzonych w Ciebie. Setki spojrzeń przenikających każdy fragment Twojego ciała. Wzrok, który czyta Ci w myślach. Ludzie, którzy milkną na Twój widok. Nieznajomi, którzy dobrze Cię znają. Jak się czujesz widząc ich miny? Co z nich czytasz? Czy są ucieszone Twoim przybyciem? A może zawiedzione? Czego się spodziewali? Oczekiwali ideału? A może zupełnego przeciwieństwa? Jeśli tego pierwszego, czy to dostali? A może ich interpretacja ideału jest zupełnie inna niż ludzi, których Arianne poznała dotychczas? Co czujesz? Słysząc śmiechy, które cichną wraz z Twoim przybyciem. Kiedy jeden Twój krok ucisza wszystkich. Jak gdyby był tak głośny, że słychać go w całej Sali. I nagle tak się staje. Ogarniająca Cię cisza sprawia, że nawet Twój oddech, jak dotąd miarowy i spokojny zdaje się być głośniejszy niż gwar panujący tu przed Twoim nadejściem. Co czujesz? Czego w tej chwili pragniesz? Chcesz odwrócić się i wybiec? Rozpłakać? Wykrzyczeć złość? Zapaść się pod ziemię? Przyjąć pozycję embrionalną? Wyobraź to sobie. Co robisz? Idziesz dalej. Nie możesz się poddać. Nie teraz. Udajesz, że wszystko jest w porządku wyszukując rozpaczliwie choć jednej znajomej twarzy. Choć jednej osoby, która może Ci pomóc. Dokładnie tak, jak zrobiła to Arianne.
Droga do stołu Gryffindoru zdawała się dłużyć w nieskończoność. Czuła się zupełnie samotna, mimo, iż wraz z nią do Sali weszły jej nowe współlokatorki. Tak samo jak ona udające, że sytuacja jest normalna. Arianne natomiast błądziła wzrokiem po twarzach w poszukiwaniu ratunku, który nareszcie znalazła w błękitnych, zakłopotanych oczach. Nathan dopiero po chwili zorientował się co, a raczej kto jest powodem tej nagłej ciszy. Natychmiastowo zadziałał. Szturchnął siedzącego obok bruneta wpatrzonego w dziewczynę jak w obrazek.
-Brandon, podaj mi sos.-odezwał się przerywając ciszę.
-A magiczne słówko? -upomniał się brunet.
-Imperio.-odparł z rozbawieniem Nathan zerkając ukosem na Arianne i uśmiechając się triumfalnie słysząc śmiechy na Sali. Udało mu się rozładować napięcie. Z ulgą usłyszał komentarze, coś o zakazanych zaklęciach, o Azkabanie. Komentarze po chwili przerodziły się w rozmowy przywracając na Salę luźną atmosferę. Nathan nie zwracając już uwagi na resztę podszedł z uśmiechem do zestresowanej Arianne.
-Strasznie Ci dziękuję.-mruknęła wypuszczając powietrze z ulgą.
-Ale że za co? -uśmiechnął się szelmowsko zapraszając ją gestem na miejsce obok niego.- Wyluuzuj, daj im kilka dni, muszą się przyzwyczaić do nowej laski.
-Tsaa, kilka dni. Obyś miał rację.
-Ja zawsze mam rację. –odparł z triumfalnym uśmiechem.- Głodna?- wskazał głową na potrawy, z których szkoła powinna być dumna.
-Trochę…- mruknęła patrząc niepewnie na potrawę znajdującą się najbliżej niej. Mimo, iż nie miała pojęcia co to jest, wolała nie robić sobie jeszcze większego wstydu. Ku jej zaskoczeniu tutejsze jedzenie niczym nie przypominało stołówkowego jedzenia ze świata mugoli. Było po prostu niesamowite. Z trudem powstrzymywała się od kolejnych dokładek wiedząc, że jeszcze trochę, a eksploduje.
Reszta kolacji minęła jej na poznawaniu przyjaciół Nathana, których imion nie potrafiła spamiętać. Starała się ignorować ciekawskie, chamskie spojrzenia z sąsiednich stołów i koncentrować na przyjaznych uśmiechach nowo poznanych znajomych, Amy, Brook, Eve i przede wszystkim Nathana, któremu była teraz niesamowicie wdzięczna.
W końcu najedzeni do syta uczniowie zaczęli opuszczać leniwie Wielką Salę. Zaczęli zbierać się również gryfoni.
-No, to jak, lecimy powoli, nie?- ziewnął znudzony Brandon zupełnie nie zwracając uwagi na opierającą się o jego ramię brunetkę.
-No, trzeba.-mruknął Mike (nowo poznany, całkiem przystojny blondyn) podnosząc się leniwie. Zawtórowały mu kolejne osoby.
-Nath, nie idziesz? –odezwała się przesłodzonym głosem Luce, blondynka zerkająca na niego od początku kolacji.
-Muszę iść do Rasaca. -westchnął dopijając sok dyniowy.
-Uuugh. –jęknęli jednocześnie pozostali (wszyscy prócz zdezorientowanej Arianne)
-Trzymam kciuki, stary. -Brandon poklepał go po ramieniu z rozbawieniem.
-Tsa. -mruknął na pożegnanie Nathan nie patrząc na oddalającą się grupkę gryfonów.
-Eve? -odezwała się po chwili cicho Arianne.
-Hmm..?
-Jest tu gdzieś toaleta?
-Idziesz prosto, w lewo i pierwsze drzwi na prawo.-odparła leniwie ciemnowłosa.
Arianne skrzywiła się lekko słysząc jej instrukcje. Chodzenie samej po zamku niezbyt jej pasowało. Mimo wszystko rzuciła krótkie „dzięki” i ruszyła według jej wskazówek przed siebie. Starała się nie zwracać uwagi na ruchome, a co ważniejsze gadające obrazy łypiące na nią co jakiś czas. W końcu dotarła do toalety. Natychmiast podeszła do lustra i oparła się o umywalkę. Odetchnęła z ulgą. Wreszcie była sama. Bez tych chamskich spojrzeń.
Wbiła wzrok w swoje odbicie. Jak zwykle idealnie opadające na ramiona ogniste loki, idealna cera i bardzo zmęczone, zielone oczy. Westchnęła przejeżdżając ręką po szkarłatno-złotym krawacie. Dokładnie takim jaki nosili wszyscy gryfoni. Poluzowała węzeł czując kolejną falę gorąca. Nie czuła się tu dobrze. To nie było miejsce dla niej. Żałowała.
W końcu, kiedy uspokoiła oddech i ochłonęła wyszła z toalety. Ruszyła niepewnie w stronę, z której przyszła. Nie była pewna, czy trafi do dormitorium. Może nie powinna odłączać się od reszty? Nie myślała ostatnio racjonalnie. Ale przecież racjonalne myślenie w tym świecie i tak nie jest racjonalne.
Po chwili dotarła pod drzwi Wielkiej Sali. Pół sukcesu. Tylko teraz nie zbłądzić po drodze do portretu wiedźmy.
Mijała kolejne zakręty niepewna, czy idzie w odpowiednią stronę. W końcu dotarła do schodów. Tych samych, którymi schodzili dwie godziny temu. Już niedaleko. Odetchnęła z ulgą ruszając na pierwszy stopień. Kiedy była w połowie drogi sprawdziły się jej najgorsze obawy. Ruchome schody, o których wspominała Ginny nadal funkcjonowały w Hogwarcie. Nagle poczuła mocne szarpnięcie, a schody przesunęły się w bok. Spanikowana dobiegła na samą górę lądując na zupełnie nieznanym korytarzu.
-Cholera.-mruknęła pod nosem ruszając przed siebie.
Po kilkunastu minutach bezsensownej, bezcelowej tułaczki usłyszała za sobą niski, nieprzyjemny śmiech.
-W Hogwarcie samowolka, czarownicą jest nawet mugolka! -wykrzyknął… Duch przeskakujący beztrosko z jednego żyrandola na drugi.
-Aa! -reakcja dziewczyny była przewidywalna. Widząc pod sufitem jasną postać wydała z siebie cichy jak na dziewczynę pisk i cofnęła się o kilka kroków do tyłu.
-Hahaha, Gryffindor schodzi na psy, tchórz! Tchórz! Co za wstyd! –wypalił rozbawiony poltergeist.
-Odczep się.-mruknęła opanowując się po chwili i przypominając sobie, że duchy są tu rzeczą normalną.
-Cięta riposta, już się boję –zarechotał duch podlatując do niej bliżej. –Ruda, ruda! Widać, że fałszywa! Oszustka! Mugolka chce się w magię bawić! Kłamczucha! Złodziejka mocy! Morderczyni! -zaśmiał się duch.
-Powiedziałam, odwal się! -mruknęła drżącym głosem.
-Arianne, uważaj! –rozległo się po korytarzu, a po chwili poczuła uderzenie.
Odruchowo zmrużyła oczy czując ucisk. Trochę przedłużyła moment zanim je otwarła. Wszystko działo się nagle, nie wiedziała co, a raczej kto spowodował… otworzyła oczy i wszystko było jasne. Stała przyciśnięta do muru przez zakłopotanego Nathana, duch znikał już za zakrętem, a w miejscu, gdzie jeszcze przed chwilą stała znajdowała się dziwna, zielona maź.
-Jesteś cała? -mruknął krzywiąc się na widok zielonego.. czegoś.
-Tak, dzięki. –odparła podążając za jego wzrokiem.-Co to..
-Nie chcesz wiedzieć. –wyprzedził ją chłopak wypuszczając ją z objęć.
-Znów mnie ratujesz. –mruknęła opierając się nadal o ścianę. –Jak mnie znalazłeś?
-Irytka było słychać chyba na drugim końcu zamku. –spuścił wzrok.
-Och. Więc wszyscy to słyszeli? Ekstra. –mruknęła uderzając tyłem głowy o ścianę, o którą była oparta. –Pewne wszyscy uświadomili sobie kim jestem?
-Daj spokój…
-Nie. Od początku wiedziałam, że to nie jest miejsce dla mnie. – ucięła ruszając przed siebie.
-Arianne… -bez problemu zatrzymał ją jedną ręką. –Jak to nie dla ciebie? A gdzie jest miejsce dla młodej czarownicy?
-Właśnie w tym problem. Nie jestem czarownicą. Jestem zwykłą mugolką wpieprzającą się w nieswoje sprawy. I teraz mam nauczkę.
-Arianne… Nie słuchaj Irytka, on tak gada do każdego.
-Daj spokój. Miał rację.
-Nie miał racji! Myślisz, że dziennik Weasley’ki to przypadek? Poza tym z tego co mi wiadomo, horkruksa potrafi zniszczyć tylko czarodziej.
-Co ty bredzisz?
-Nie powiedzieli ci o tym, bo sami jeszcze nie potrafią tego wyjaśnić! Byłaś czarownicą już wcześniej, tylko Cię nie wykryli! Ktoś musiał Cię kryć.
-I niby skąd to wszystko wiesz?
-Z ministerstwa.
-Co?
-Byłem na przesłuchaniu w innej sprawie, słyszałem rozmowy.
-Jakim przes..?-I wtedy przypomniała sobie rozmowę z dyrektorem. Wspominał, że już lepiej, że widzieli się wcześniej.
-Opowiem Ci później, teraz cicho.-mruknął patrząc na coś ponad jej ramieniem.-Na pewno jesteś cała? Ach, ten Irytek. -dodał po chwili nieco głośniej. –Och, profesor Binns, właśnie mieliśmy tu mały wypadek z Irytkiem.
-Irytek? Cóż znowu zmajstrował?- Mruknął… duch. Tym razem jednak reakcja dziewczyny była inna. Najzwyczajniej w świecie opadła z sił.
-To, co zwykle. –zaśmiał się chłopak podtrzymując ją, by nie upadła.
-Arianne, wszystko w porządku? –duch spojrzał na nią ze zdziwieniem.
-Tak, tak. –mruknęła cicho starając się stać o własnych siłach.
-Trochę za dużo wrażeń. –uśmiechnął się chłopak, a po chwili bezapelacyjnie wziął dziewczynę na ręce. – Zaniosę ją do skrzydła, może pani Menslear da jej coś uspokajającego… -mruknął zbiegając po schodach i unikając dalszych pytań.
***
-Potrafię chodzić. -powtórzyła po raz kolejny przerywając ciszę.-Postaw mnie.
-No co ty. Nie lubisz być w moich ramionach? –wyszczerzył się nadal nie ustępując.
-No..-przez chwilę nie wiedziała co odpowiedzieć.-Oj przestań. Postaw mnie.
-A jak nie?
-Przypominam Ci, że mam kończyny i możesz oberwać.
-Bij.-wzruszył obojętnie ramionami.
-Nie. Postaw mnie.
-Po co mi grozisz, skoro i tak nic mi nie zrobisz? – zaśmiał się.
-Nie chcę do pielęgniarki. Nic mi nie jest.
-Nie idziemy do pielęgniarki, głuptasku. Sam mam lepsze przeciwbólowe i uspokajające.-uśmiechnął się łobuzersko.
-Dlaczego nie mogę iść sama?
-Bo lubię się przytulać.
-Skończ się nabijać.
-A jak nie?
Cisza.
-No właśnie.-uśmiechnął się triumfalnie stając przed portretem wiedźmy.- Odwaga to panowanie nad strachem, a nie jego brakiem.-Po chwili portret odsłonił przed nimi dziurę, przez którą Nathan wniósł dziewczynę do środka. Po chwili w pokoju głównym gryfonów rozległy się gwizdy.
-Uuu, Nath, szybko poszło!
-Przejście do dormitorium dla chłopaków.
-Ten to zawsze musi zająć te najlepsze.
Od razu posypało się mnóstwo komentarzy, nie koniecznie pozytywnych, na co chłopak zareagował śmiechem.
-Do cholery, Nathan, możesz mnie w końcu puścić? –mruknęła zirytowana już dziewczyna.
-Oczywiście.-wzruszył ramionami opuszczając ją na kanapę. Po chwili spojrzał znacząco na roześmianego Brandona.
-Eksplodujący Dureń pod kanciapą woźnego? –wykrzyknął brunet, na co tłum odpowiedział mu radosnym gwarem i większość zniknęła za portretem.
-Po co to wszystko? –mruknęła Arianne kiedy ich głosy ucichły.
-Myślałem, że mieliśmy pogadać.-odparł siadając wygodnie obok.
-Nie da się normalnie?
-Huncwot? W pokoju wspólnym? Normalna, poważna rozmowa? Proszę Cię. –prychnął ściszonym głosem.
-Huncwot? –powtórzyła odszukując w pamięci to słowo. Ginevra Weasley również miała z nimi do czynienia.
-Oczywiście.-odparł dumnie.- kontynuujemy huncwotctwo.
-Huncwotctwo? -powtórzyła z rozbawieniem.- Myślę, że nie ma takiego słowa. – uniosła brwi i wystawiła mu język.
-Ej.-mruknął obrażonym tonem.-Zdaje się, że miałem Ci coś wytłumaczyć.
-Mów.-odpowiedziała poważnym głosem Arianne wpatrując się w niego z uwagą.
-Zacznijmy może od tego, że pogrzeb babci nie był całkowitą prawdą. Faktycznie, zmarła. Ale pogrzeb odbył się już dawno. Nie byłem na nim. W tym czasie leżałem w szpitalu Świętego Munga, w oddziale specjalnym. Później przesłuchania w Ministerstwie Magii, do tego rodzice nie chcieli pozwolić mi wrócić do Hogwartu…

Rozdział IV ~ „Hogwart”

Nie godzina. Nie kwadrans. Nawet nie minuta. Jedna sekunda. Uwierzysz, że jedna sekunda jest w stanie zmienić całe Twoje życie? Jedna decyzja. Jeden ruch. Jest w stanie zadecydować o twojej przyszłości niemal unieważniając przeszłość. Jedno wydarzenie. Jeden widok. Jedna scena. Potrafi zatruwać Twoje myśli w nieskończoność. Jakie to dziwne, że w ludzkim umyśle ta jedna chwila może ciągnąć się godzinami. Może odtwarzać się nieustannie setki razy. Wszystko może powtarzać się do znużenia. Wszystko, co na pozór powinno stać się nudne, wywołuje dreszcz na Twojej skórze. Jak to możliwe? Sekunda, która trwała już tysiące minut, dziesiątki godzin w umyśle Arianne.
Co teraz będzie? Jak to będzie wyglądać? Jak to możliwe? Właśnie. Czary? To chyba jakiś żart. Przecież czary nie istnieją. Tak jej wpajano od dziecka. Racjonalne myślenie, jakiego jej uczono okazało się teraz bezpodstawne, błędne. Znajdowała się w dziwnym świecie, nie wiedziała jak od niego uciec. A może po prostu mu się poddać? Może stać się członkiem tego przedziwnego społeczeństwa? Ale czy ona, Arianne nadaje się do tego? Szereg sprzeczności przesuwał się w jej głowie bez końca. Szereg pytań bez odpowiedzi nie dawał jej spokoju. Postanowiła odpuścić. Zadręczanie się tymi myślami nie miało żadnego sensu. Da się po prostu ponieść innym. Przeczekać cicho, aż wszystko się ustabilizuje lub chociaż wyjaśni.
_________________________________________________
Błędny Rycerz w końcu zatrzymał się z piskiem opon zarzucając siedzącymi w nim pasażerami. Dziewczyna spojrzała ze strachem na Nathana.
-Witamy w Hogsmeade.- posłał jej ciepły uśmiech, po czym oboje wysiedli.
Arianne westchnęła cicho czując na rozgrzanych ze zdenerwowania policzkach powiew chłodnego, wieczornego wiatru. Owinęła się szczelniej płaszczem i już po chwili patrzyła jak fioletowy autobus odjeżdża z niewiarygodną prędkością pozostawiając ją samą z Nathanem i walizkami.
-No w końcu.-mruknął chłopak z ulgą wyjmując różdżkę (tak właściwie, dla niej to nadal był patyk) i zmniejszając ich bagaż do rozmiarów gumy do żucia, po czym wrzucił go tak po prostu do kieszeni.-Tęskniłem za tym.
Arianne spojrzała na niego z przerażeniem, na co on odpowiedział jej pytającą miną.
-Skoro tego was uczą w Hogwarcie… – wydukała – to już wiem, że nie zdam.
-No coś Ty – zaśmiał się ruszając w stronę zamku. – z Twoimi mocami…
-…mocami? Jakimi mocami? Jestem.. jak to mawia Ginny, mugolką. I nadal bym nią była gdyby nie jakiś czarny płyn, krew, nie wiem co to było… -mruknęła ruszając za nim
-Arianne. Widocznie tak miało być. Chcesz, czy nie, władasz teraz wielkimi mocami.
-Ale ja przecież chciałam tylko pomóc… – powtórzyła.
-I stałaś się bohaterką.
-Żadną bohaterką. Proszę, skończmy ten temat.
-Okej. A więc? Jak będzie wyglądać twój program nauczania?
-Nie pytaj. Mam iść innym programem. Będę sama „w klasie”. Po lekcjach mam mieć korki u uczniów, a co miesiąc mam zdawać kolejną klasę.-zaśmiała się gorzko-co jest niewykonalne. Jak mam w miesiąc opanować to, co inni opanowują w rok? Jeszcze te SUMy. Nie jestem w stanie tego zrobić.
-Jesteś w stanie. Jesteś bardzo uzdolnioną czarownicą.
-Niby skąd to wiesz?
-Przejęłaś moce od największego czarnoksiężnika ostatnich lat. Poza tym ta teleportacja…
-Skąd wiesz…?
-Mam swoje źródła. – uśmiechnął się tajemniczo. – Nie będzie tak źle. Najgorsza jest historia magii. Binns przynudza, a później na sprawdzianach nikt nic nie wie.
-Och, historię da się wykuć. Najbardziej boję się latania na miotle. Nie wyobrażam sobie czegoś takiego.
Po tych słowach Nathan spojrzał na nią z mieszaniną zdziwienia i rozbawienia.
-Co?! Przecież to najlepszy przedmiot! Quidditch to najlepsza gra i…- kiedy spostrzegł jej zażenowanie przerwał.-Jeśli chcesz, mogę Cię trochę pouczyć.
-I tak to nie odniesie żadnych skutków. Boję się.- wzruszyła ramionami.
-Oj tam, gadasz. Będę Cię pilnował.
-A jak spadnę?
-Złapię Cię.
-I tak się boję.
-Nie ufasz mi?
-Skąd… Oczywiście, że Ci ufam.
-A więc jesteśmy umówieni. Pierwsza lekcja jutro po zajęciach?
-Ale mam mieć korki… Nie wiem kogo mi przydzielą. Nie wiem nawet w jakim będę domu.
-Spokojnie. Już ja się postaram o te korki – puścił jej oczko
-Skoro chcesz… – wzruszyła ramionami i zaniemówiła. Nikt nie musiał jej informować, że są na terenie Hogwartu. Jej oczom ukazał się wielki, ciemny zamek oświetlony blaskiem księżyca i świateł padających najprawdopodobniej z sypialni.
-Niezły widok, co? –szepnął z uśmiechem na ustach i pociągnął ją w stronę budynku.
Przez resztę drogi nie odzywali się do siebie więcej. Chłopak uważał, by w razie wypadku złapać niemal omdlałą z wrażenia dziewczynę, natomiast ona uważała, by nie otwierać ust na widok wnętrza jej nowej szkoły. Nie zauważyła nawet kilkoro mijających ich uczniów, wpatrujących się w nią z zafascynowaniem i kiwających wesoło do jej towarzysza. Z osłupienia wyrwały ją dopiero słowa Nathana, który zwracał się do… posągu chimery.
-Mordoklejka.-Mruknął odsuwając dziewczynę odrobinę dalej od odskakującego na bok gargulca.
-Skąd znasz hasło? -zmarszczyła brwi.
-No proszę Cię. Myślisz, że profesor Lupin pozwoliłby, by ktoś taki jak Ty czekał aż w końcu ktoś raczy podać mu hasło? -uśmiechnął się lekko- Miałem Cię odprowadzić aż do samego dyrektora.-odparł zapraszając ją gestem do wnęki w ścianie, która utworzyła się na miejscu zniecierpliwionego już gargulca.
Po chwili szli po wąskich schodach prowadzących do drewnianych drzwi z żelazną kołatką. Chłopak zapukał cicho, a po chwili dobiegł ją znajomy głos zapraszający ich do środka.
-Dobry wieczór.-Odezwał się na wstępie Nathan przepuszczając dziewczynę przed siebie. To samo wydusiła z siebie zestresowana dziewczyna.
-Ach, witam.-uśmiechnął się dyrektor- Jak widzę, nie było chyba większych problemów po drodze?
-Skądże. –odparł chłopak.
Dyrektor gestem zaprosił ich, by usiedli w fotelach obok biurka, tak też zrobili.
-Bardzo Ci dziękuję, Nathanielu za tę przysługę. Wyglądasz już dużo lepiej.
-Cała przyjemność po mojej stronie. Tak, już wszystko w porządku. Odpowiednie leki, odrobina czasu i doszedłem do siebie. –odparł uśmiechając się do dziewczyny by dodać jej otuchy.
-Bardzo się cieszę, że wszystko już w porządku. No, ale nagadałem Ci już wystarczająco przy mojej ostatniej wizycie. A więc Arianne, jak Ci się podoba nowa szkoła?
Dziewczyna podniosła wzrok i wymusiła no sobie coś na miarę uśmiechu.
-Jest w porządku.-wydusiła ze zdenerwowaniem zerkając na stary, zniszczony kapelusz, zapewne Tiarę Przydziału. Mężczyzna od razu domyślił się na co spogląda.
-Ach tak. Widzę, że czytałaś chyba historię Hogwartu. Tiara Przydziału. – mruknął z błyskiem w oku.-Zastanawiałem się już nad tym i postanowiłem, że najlepiej będzie, jeśli sama zdecydujesz gdzie ma nastąpić twoja ceremonia przydziału. Myślę, że twoi koledzy ucieszyliby się, gdybyś pozwoliła zorganizować ją podczas dzisiejszej kolacji, chociaż oczywiście zrozumiem, jeśli zdecydujesz się zrobić to dyskretniej, tutaj.
-Tutaj.-odparła od razu. Nie musiała się zastanawiać. Nie chciała rozgłosu.
-Skoro tak..-uśmiechnął się nieco rozbawiony jej stanowczością i sięgnął po Tiarę.
Wszystko tak nagle. Bez przygotowania, Tak po prostu. Znów. Znów działa się sytuacja, która miała zadecydować o jej przyszłości. Przedmiot, który zmieni jej przyszłość. Zmrużyła oczy czując, jak „kapelusz” opada jej prawie na nos.
-Hmmm… – zamruczała Tiara.- Trudny, trudny przypadek. Ravenclaw, taak, z pewnością, inteligentna.. Ale z drugiej strony.. prawdziwa gryfonka.. I do tego Slytherin… Tak, tak, trudny przypadek. Gryffindor! -wykrzyknęła ostatecznie.
Dyrektor odstawił Tiarę Przydziału na miejsce i uśmiechnął się do dziewczyny, która opadła z ulgą na oparcie. Z tego co wyczytała, trafił jej się najlepszy dom. Ten sam, co Ginevra Weasley, niejaki Harry Potter, ten sam co… Nathan! Spojrzała na chłopaka z uśmiechem. Patrzył na nowo upieczoną gryfonkę uśmiechając się od ucha do ucha.
Po chwili rozległo się ciche pukanie.
-Wejdź, Rosalie. –odezwał się dyrektor.
-Pan mnie wzywał? –w gabinecie stanęła przysadzista brunetka, w średnim wieku ubrana w sięgającą ziemi czarną szatę.
-Owszem. Jak wiesz, przybyła do nas dzisiaj nowa uczennica. Arianne została przydzielona do twojego domu.
Czarownica spojrzała na Arianne z ciepłym uśmiechem.
-Ach, Arianne. Tak, tak, witamy. Bardzo się cieszę z nowej gryfonki. Jestem Rosalie Ramos, w razie jakichkolwiek problemów, pytaj. Z resztą, z czasem wszystko się wyjaśni. Jamesie, przekazałeś Arianne plan lekcji?
-Właśnie zamierzałem. –podał dziewczynie pergamin z planem.-A co z douczaniem?
-Myślę, że większości mógłby jej poduczyć pan Ollivander. W eliksirach i zielarstwie bardzo dobra jest panna McLevis. A jeśli chodzi o latanie na miotle i obronę przed czarną magią liczyłam na pana Blacka. – po tych słowach oczy wszystkich prócz Arianne skierowały się na Nathana, który uśmiechnął się szelmowsko.
-Naturalnie, z chęcią pomogę nowej koleżance.
-A więc widzę, że wszystko jest już uzgodnione. Nie pozostaje mi nic innego jak życzyć wszystkim miłego wieczoru i udać się na kolację.- uśmiechnął się do Arianne.- Ach, zapomniałbym. Arianne, przygotowaliśmy dla ciebie w dormitorium numer 38 wraz z panną Anderson, Hayes i Green. Hasło to „Odwaga to panowanie nad strachem, a nie jego brakiem”. Jakieś pytania?
Arianne pokręciła głową.
-Tak więc do zobaczenia na kolacji. – uśmiechnął się dyrektor.
-Dziękuję za wszystko. Do widzenia – odparła wychodząc z gabinetu razem z Nathanem.
-No, to witamy nową gryfonkę! – krzyknął chłopak tuż po wyjściu z wnęki.-A nie mówiłem, że będę Cię uczył?- wyszczerzył się zadowolony.
-Myślałam, że tam zemdleję.- zaśmiała się cicho.- Szczególnie przy tej gadce Tiary.
-Mówiłem, że jesteś wspaniała!
-Nie, nie, nie! Nie nazywaj mnie tak!
-Oj tam marudzisz. Już nie mogę doczekać się min gryfonów, kiedy wielka Arianne stanie w ich pokoju wspólnym!
-Wielka? No aż tak gruba to ja chyba nie jestem –zaśmiała się.
-Nie łap mnie za słówka! –zaśmiał się.
-To przestań mówić, że odstaję od waszej normy. A już na pewno nie na plus. Przypominam, że nie miałam jeszcze ani jednej lekcji. Jestem w tych sprawach głupia jak nikt tutaj.
-Pff. Zobaczymy po tygodniu. –zatrzymał się przy portrecie wiedźmy w średnim wieku łypiącej na nich kątem oka.
- Odwaga to panowanie nad strachem, a nie jego brakiem. – wyrecytował Nathan. Kobieta odsunęła się ukazując przed nimi wnękę prowadzącą do pokoju wspólnego Gryffindoru. Arianne wzięła głęboki oddech i przeszła przez dziurę wraz z towarzyszem. Kiedy tylko znaleźli się w środku wszystkie rozmowy ucichły. Wszystkie oczy skierowane były na Arianne i Nathana. Minęło kilka sekund zanim Nathan rozładował napięcie zanosząc się śmiechem.
-Co? McGonagall za nami weszła? Jakbyście ducha zobaczyli. –zaśmiał się, a po chwili prawie wszyscy zebrali się wokół niego wypytując „Jak to się stało?”, „Jesteś cały?”. Skorzystała z okazji wyjmując z jego kieszeni swój mikroskopijny bagaż i wymknęła się z tłumu w poszukiwaniu własnego dormitorium.
Kierując się według wskazówek Ginny po schodach rozglądała się po numerkach na drzwiach. 36, 37 i 38. Westchnęła i weszła do środka. Kiedy znalazła się w środku powitała ją wielka, biała poduszka, której umknęła w ostatniej chwili. W całym pokoju było mnóstwo piór, a na jednym z łóżek klęczały dwie dziewczyny okładające poduszkami trzecią. Kiedy za Arianne zatrzasnęły się drzwi wszystkie spojrzały na nią.
-O fuck.- zachichotała jedna z nich. – Chłoczyść. – jednym ruchem różdżki uprzątnęła sypialnię.
-Ymm.. Cześć. – odezwała się z rozbawieniem Arianne. – Jestem Arianne…- niezupełnie wiedziała co powiedzieć.
-O lol, Sue miała rację. –zachichotała brunetka, na co blondynka obok szturchnęła ją łokciem przywołując do porządku.
-Wiemy, wiemy. Słyszałyśmy o tobie.-uśmiechnęła się blondynka.-Ja jestem Amy, to – wskazała na brunetkę- Brooke, a to Eve. – spojrzała na ciemnowłosą dziewczynę która wylądowała na podłodze.
-Ym… miło was poznać. – zaśmiała się. – szczególnie, że pewien geniusz pomógł mi z bagażem. –podrzuciła w ręce malutką walizkę. – i teraz potrzebuję pomocy.
Brunetka zmarszczyła brwi.
-Nie znasz zaklęć pomniejszających?
-Nie znam żadnych.-westchnęła cicho.
Jej nowe współlokatorki nie kryjąc zdziwienia pomogły jej z bagażem i oprowadziły po dormitorium. W końcu rozpakowała się i przebrała w szkolne szaty przygotowując się do pierwszej kolacji w nowej szkole.

Rozdział III ~ „Podróż do Hogwartu”

Witam!
Na początek, życzę Wam wszystkim wesołego Halloween! Są różne opinie na temat obchodów tego święta. Jedni je popierają, inni nie. Mimo to, życzę miłego wieczoru wszystkim. Szkoda, że akcja tego rozdziału toczy się dopiero na początku października. Miło byłoby dodać taki Halloweenowy wpis. Dziękuję, jak na razie bardzo małemu, ale jednak gronu czytelników i zapraszam na kolejną część przygód Arianne.
~Autorka

______________________________________________________________

Jak to jest, kiedy czujesz, że nagle wali Ci się cały świat? Jak to jest żyć ze świadomością, że teraz już nic nie będzie takie samo? Ze świadomością, że w kilka minut sam zniszczyłeś wszystko, co wywalczyłeś dotychczas? Wszystko co mówili Ci do tej pory, wszystko w co wierzyłeś już się nie liczy. Wyobraź to sobie. Nic nie będzie już takie samo. Szkoła nie jest Ci już potrzebna. Nauka, która miała być najważniejsza w życiu okazuje się nieważna. Czynności takie jak gotowanie, sprzątanie są nieistotne. Całe Twoje dotychczasowe życie straciłeś na nic nie wartych czynnościach. Wszystko co do tej pory zrobiłeś zostało skreślone. Nie przyda Ci się w życiu, które Cię czeka. Potrafisz wyobrazić sobie co działo się w głowie dziewczyny, której właśnie to się przytrafiło? Co gorsza, ona sama była  temu winna.
Arianne już nie potrafiła określić jak się czuje. Czuła żal? Smutek? Radość? Emocje kotłowały się w niej co chwilę ustępując miejsca kolejnym. Ostatnie dni mijały tak samo. Dłużyły się niemiłosiernie, a kiedy litowały się nad dziewczyną, ustępowały miejsca bezsennym nocom. Dlaczego? To bez sensu. Właśnie spełniło się jej największe marzenie z dzieciństwa. Cofnęła się w czasie do tych dni, w których zaczytywała się w domniemanej bajce znalezionej w bibliotece. Do dziś pamiętała ten dzień, w którym jako ośmioletnia dziewczynka siedziała na podłodze między regałami. W pewnym momencie spostrzegła deskę wystającą ponad wszystkie inne. Kiedy jej dotknęła okazała się zupełnie luźna. Pod nią znalazła starą książkę, która teraz okazała się pamiętnikiem. No właśnie.  Jej źrenice powiększyły się momentalnie.
Wybiegła z pokoju łapiąc za płaszcz i trzaskając drzwiami. Kilka minut później była już w starym budynku pełnym książek. Przywitała się i ruszyła w to samo miejsce co siedem lat temu. Usiadła po turecku na podłodze i niepewnie poruszyła obluzowaną deskę. Jej oczom ukazała się stara książka oprawiona w skórę. Przewróciła pierwszą, pożółkłą już stronę. Jak mogła wcześniej nie zwrócić uwagi na ten napis? „Ginewra Weasley – Najsekretniejsze myśli ubrane w słowa.” Przebiegła wzrokiem kilka linijek. I znów wróciło wszystko. Zaklęcia, eliksiry, wróżby, horkruksy, magia. Była pewna, że to wszystko to tylko bajka. Nie miała pojęcia, że ta niepozorna książeczka tak bardzo wpłynie na jej życie. Wzięła głęboki wdech i schowała książkę pod płaszczem.
W ciągu kolejnych dni kilkukrotnie przeczytała pamiętnik od nowa. Kimkolwiek była Ginewra Weasley, była świadkiem niesamowitych rzeczy. Arianne czuła, że wkrótce i ona przeżyje coś niezwykłego.

***

W sobotę udała się z zestresowanymi rodzicami na ulicę Pokątną. Trafili tam dzięki wskazówkom profesora Lupina. Musiała kupić książki dla kilku roczników. Właściwie, nie wyobrażała sobie jak to wszystko będzie wyglądać. Jak ma teraz nadrobić materiał sprzed pięciu lat? Do tego SUM-y, jak wspomniano w tajemniczym pamiętniku. Jak miała teraz dorównać rówieśnikom, nie znając nawet podstaw? Rodzice nie mieli problemów z wydatkami. Jako „idealna” rodzina byli bogaci. Kupili jej nawet sowę, by Arianne mogła się z nimi kontaktować. Nazwała ją Erin. Wszystko było gotowe, tylko sama dziewczyna nie. Niestety nie miała wyboru, następnego dnia wyjedzie do Hogwartu.

***

Siedziała w Błędnym Rycerzu opierając się o szybę i obserwując spływające po niej krople deszczu. W słuchawkach, z którymi się nie rozstawała, rozbrzmiewał głos Alexii Rodriguez. Westchnęła cicho po raz kolejny przypominając sobie słowa żegnających ją rodziców. Ta niepewność i troska w głosie matki. Ta opiekuńczość w słowach ojca. Gdyby tylko wiedzieli jak czuje się ich córka.
Ponownie rozejrzała się po autobusie. Towarzyszyło jej kilka osób. Większość to sami dorośli. Jej wzrok przykuł jednak chłopak, na oko w jej wieku. Całą trasę wbijał wzrok w podłogę bez jakichkolwiek emocji na twarzy. Oczy przysłaniały mu ciemne włosy. Ubrany był w ciemne jeansy, koszulę i skórzaną kurtkę.
Kiedy dziewczyna spuściła wzrok chłopak spojrzał na nią kątem oka. Co chwilę na nią spoglądał. Ciężko było oderwać wzrok od burzy ognistorudych włosów w tak idealnym ładzie opadających na jej smukłe ramiona. Trudno było nie dostrzec tych niesamowitych, intensywnie zielonych oczu wpatrzonych ze smutkiem w dal. Jej idealne rysy twarzy, nieskazitelna cera i pełne, krwistoczerwone usta nie pozwalały przejść obok niej obojętnie. Kiedy spojrzała na niego spod długich, gęstych rzęs uśmiechnął się nieśmiało. Przyłapała go. Teraz musi się odezwać. Usiadł obok niej przez pierwszy moment nie wiedząc co powiedzieć.
-Cześć, jestem Nathan – przedstawił się w końcu z uśmiechem.
-Arianne – odparła. Nie okazywała tego, ale w głębi serca cieszyła się, że w końcu poznała jakiegoś rówieśnika należącego, tak jak ona, do tego magicznego świata.
-Do Hogwartu? – zapytał marszcząc brwi, a kiedy pokiwała głową twierdząco przyjrzał jej się uważniej – Jak to możliwe, że jak dotąd nigdy wcześniej cię tu nie widziałem?
-Jestem nowa.
-W tym wieku?
-To długa historia
-Zostało nam kilka godzin. Chętnie posłucham. – uśmiechnął się, by dodać jej otuchy.
Po tych słowach wzięła głęboki oddech i zaczęła opowiadać. O wszystkim. Co jakiś czas na twarzy chłopaka pojawiało się większe lub mniejsze zdziwienie, smutek, współczucie, zafascynowanie… Właściwie nie wiedziała dlaczego się przed nim tak otworzyła.  Jak dotąd nie zwierzała się z problemów nawet najlepszej przyjaciółce. A teraz? Wiedziała, że nie było to rozsądne, ale skoro już zaczęła, to trudno. Kiedy skończyła mówić, spuściła wzrok czekając na reakcję towarzysza. Chłopak jednak chwilowo zaniemówił.
-Chwila, chwila… A więc jesteś tą Arianne? Arianne Swallow? – wydusił w końcu.
-Skąd znasz moje nazwisko? – zapytała podejrzliwie.
-Było na pierwszych stronach gazet przez kilka dni. Zgładziłaś największego przestępcę ostatnich czasów.
-Nie zgładziłam! Chciałam tylko pomóc. – próbowała się tłumaczyć.
-Ależ Arianne! Jesteś bohaterką! Gdyby nie Ty… Kto wie, może ponownie powtórzyłaby się historia z Voldemortem.
To nazwisko znała bardzo dobrze. Padło w pamiętniku wiele razy. Częściej występowało w formie „Sam-Wiesz-Kto”.
-A więc znalazłaś pamiętnik Ginevry Weasley? – zapytał po chwili ciszy.
-Tak. Przez przypadek. W sumie, gdyby nie on, nie byłoby mnie tu.
-Wow, taki pamiętnik byłby świetnym źródłem historycznym.
-Nie rozumiem..?
-Ginevra Weasley, z tego co wiem, była żoną Harry’ego Pottera.
-Pottera? To ten… Który pokonał Voldemorta?
-Jedyny dział na Historii Magii, który poznałem. – zaśmiał się cicho.
-Właśnie. Nadal naucza duch?
-Taak, profesor Binns jest najlepszy w usypianiu. Skąd wiesz..?
-Pamiętnik.
Kolejną godzinę chłopak opowiadał jej o tym co wolno, a co nie, na lekcjach poszczególnych nauczycieli. Kto czego uczy i jaki jest. Opowiadał o punktach, quidditchu, SUM-ach. W końcu jednak zadała to pytanie, które nurtowało ją odkąd go zobaczyła.
-A Ty? Co tu tak właściwie robisz? Nie powinieneś być w szkole?
-Ja? Ugh, musiałem wrócić do domu na kilka dni. Pogrzeb babci.
-Och… – odparła ze zmieszaniem i skarciła się w duchu. – Bardzo mi przykro…
-Dzięki. Tak właściwie, to tylko w takich sytuacjach można opuszczać Hogwart.
-Tylko? Siedzicie cały rok w szkole?
-Nie zupełnie. W weekendy mamy wolne. Możemy chodzić do Hogsmeade. To m…
-..miasteczko położone obok Hogwartu, tak, wiem. – Dokończyła za niego. – Ginny wspominała. – uśmiechnęła się lekko.
Resztę drogi rozmawiali na przeróżne tematy. Począwszy od lipnych różdżek sklepu Magicznych Dowcipów Weasley’ów, który przetrwał do dziś, aż po Święta Bożego Narodzenia obchodzone w Hogwarcie.

Rozdział II ~ „I wszystko jasne”

Nie wiedziała, w której części kazania matki pod tytułem „w takich sytuacjach nie odchodzi się od samochodu” zasnęła. Nie pamiętała z niego nic. Zapomniała o wszystkim co działo się po widoku blasku zielonego światła dobiegającego zza drzew. Później odpłynęła.

***

Szła już wieczność po śliskiej powierzchni upadając i wstając. Dążąc donikąd. Brnąc przez nicość. Wbijając nieobecny wzrok w ciemność. Wyszukując jakikolwiek sens, próbując zorientować się do czego tak właściwie dąży idąc w nieskończoność, a zarazem nicość. Kolejny upadek. Poczuła silny ból. Nie wiedziała skąd pochodzi. Bolał ją każdy fragment ciała. Mimo to nie poddawała się, maszerując przed siebie. Aż do ostatniego tchnienia. Po chwili rozległ się wokół niej dudniący dźwięk. Ponownie zakręciło jej się w głowie. Ponownie upadła zaciskając powieki.

***

Obudziła się w bardzo jasnym pomieszczeniu. Nie wiedziała jak długo była nieprzytomna. Zmrużyła oczy przed oślepiającym światłem. Podniosła się, by rozejrzeć się po sali. Szpital. Od razu spostrzegła szpitalne łóżka i leżących w nich chorych.
- Arianne! – krzyknęła z ulgą w głosie wbiegająca do sali matka nastolatki.
- Co się stało? Co tu robię? – mruknęła cicho dziewczyna czochrając rude włosy.
Matka od razu wzięła się za tłumaczenie dziewczynie ostatnich trzydziestu godzin jej życia. Opowiadała jej o tym, jak zamiast na ślub pojechali do szpitala, jak z niepokojem czuwali całą noc i dzień nad nieprzytomną dziewczyną, jak zdziwieni lekarze nie potrafili zidentyfikować powodu jej stanu. Pominęła naturalnie tę część o lesie, o której nie miała pojęcia. Zresztą, nie musiała. Dziewczyna pamiętała wszystko bardzo dokładnie. Może nawet zbyt dokładnie? Westchnęła cicho.
Wszystko do niej wróciło. Śmierć zbierająca żniwa wśród błysków świateł. Widok krwi, bólu i …magii(?). Powiedzieć im? Powtórzyć wszystko co się stało? Uznają ją za wariatkę, zamkną w psychiatryku. Bo może nią jest? Może zwariowała? Opadła bezwładnie na poduszkę i syknęła cicho czując ból w klatce piersiowej przypominający jej, że to wszystko musiało być prawdą.

***

Mijał już trzeci dzień jej pobytu w szpitalu. Nikt nadal nie wiedział co jej dolega. Dziwny skład krwi. To wszystko. Niezidentyfikowane pierwiastki wytłumaczono złym sprzętem.
Arianne westchnęła cicho biorąc do ręki kubeczek z lekarstwem.
- Jakby to nie mogło smakować choć trochę lepiej… – mruknęła do siebie na wspomnienie ohydnego smaku goszczącego w jej ustach już od kilku dni.
Ku jej zdziwieniu płyn tym razem był całkowicie inny. Jego delikatna konsystencja wręcz muskała jej podniebienie. Sam smak był nie do opisania. Wręcz idealny.
Z żalem spojrzała na pusty już plastikowy kubeczek z miarką. Po chwili przy jej łóżku stanęła jej mama.
- I jak, kochanie? Czujesz się już lepiej? – spytała kobieta z troską z głosie.
- Tak! – odparła ochoczo dziewczyna – Czuję się już świetnie. Tak bardzo chciałabym być już w domu…
PUF! Wokół niej rozległo się ciche pyknięcie, przez które odruchowo zamknęła oczy. Kiedy je otworzyła była … w domu. Rozejrzała się po tak bardzo znanym jej salonie ze strachem.
-Mamo?! – krzyknęła zdezorientowana – Tato! – rozejrzała się po pomieszczeniu. Pustka. Zupełna cisza. Co się stało? Jak to możliwe? Czyżby nagle straciła przytomność i znów zasnęła? Do głowy przyszedł jej tylko jeden pomysł. Zszokowana pobiegła do telefonu domowego i wybrała numer do matki.
- Mamo? – krzyknęła do słuchawki.
- A-Arianne??? – w głosie matki wyczuła strach, zdenerwowanie i dezorientację. – Gdzie… Gdzie jesteś?!
-Jestem w domu, mamo…- odparła cicho dziewczyna.
-Co?! Nie czas na żarty!
-Ale naprawdę… Ja nie wiem jak to się stało… Wróćcie jak najszybciej…- wydukała i odłożyła słuchawkę czując jak podłamuje się jej głos. Oparła się o ścianę i opadła bezsilnie na podłogę. Nie rozumiała, co się dzieje, jak to się dzieje i dlaczego. Nic nie rozumiała.

***

Od tamtego czasu kolejne kilka dni były równie dziwne. Latające przedmioty, niecodzienne sytuacje. Rodzice ze sto razy pytali ją o co w tym wszystkim chodzi. Nie potrafiła im odpowiedzieć. Sama nic nie rozumiała. Aż do pewnej wizyty.

***

Londyńskie ulice były już ciemne i ciche. Mieszkańcy miasta szykowali się powoli do snu, podczas gdy piętnastoletnia Arianne siedziała w fotelu wbijając nieobecny wzrok w podłogę i modląc się, by jej chory umysł niczego nie zapragnął. By nie kusić losu do kolejnej dziwnej sytuacji. Starała się nie myśleć o niczym. Ale jak… jak to możliwe..? Co się działo? Dlaczego? Podskoczyła słysząc dzwonek do drzwi. Niczego nie zapragnęła! Pilnowała się! Tym razem to nie ma z nią nic wspólnego.
-A…Arianne! – źrenice nastolatki automatycznie się zmniejszyły, kiedy dobiegł ją przerażony głos matki.
Z równie wielkim strachem, co ten, który był słyszalny w głosie jej rodzicielki zbiegła po schodach i zamarła w połowie drogi widząc w drzwiach starszego mężczyznę z ciepłym uśmiechem odzianego w… szatę sięgającą ziemi.
-Och, jest i słynna Arianne. – uśmiechnął się przybysz na jej widok – Dobry wieczór.
-D-Dobry wieczór… – wyjąkała schodząc powoli na sam dół.
-Proszę, niech pan wejdzie – zaproponowała nadal trochę zdezorientowana pani domu zapraszając mężczyznę gestem do salonu.
Mężczyzna uśmiechnął się i ruszył pewnie przed siebie. Kiedy wszyscy usiedli, matka dziewczyny zerwała się ponownie.
-Może się pan czegoś napije? – zapytała ze zdenerwowaniem.
-Nie, nie, dziękuję. Teraz prosiłbym panią tylko o uwagę. – uśmiechnął się nieznajomy uspokajająco.
Kobieta usiadła i spojrzała na niego zestresowana, dziewczyna bez słowa wpatrywała się w niego bez jakiegokolwiek wyrazu twarzy, a ojciec Arianne wbijał wzrok we własne dłonie. Nieznajomy zaśmiał się cicho patrząc na nich.
-Spokojnie, jestem tu tylko po to, by obwieścić wam bardzo dobrą nowinę. A więc jak już państwu wspomniałem nazywam się James Lupin. Jestem obecnym dyrektorem Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie.
-Pan żartuje. – przerwała mu dziewczyna.
-Na szczęście mam nieco lepsze poczucie humoru. Jak więc wspominałem zanim mi przerwano, jestem tu z powodu ostatnich dziwnych wydarzeń przytrafiających się tej tutaj piętnastoletniej Arianne Swallow. Otóż, nie ma powodów do niepokoju. Wasza córka w bardzo ciekawy sposób zyskała czarodziejskie moce.
-To żart? Proszę pana, moja córka nie jest żadną wariatką. Magia nie istnieje. – odezwał się ojciec.
-No tak. Więc może przekona pana ten fakt? – uśmiechnął się mężczyzna i jednym gestem postawił stojący obok regał w ogniu. Jakby tego było mało, drewno nie ulegało zniszczeniu. Na początku rodzina Swallow’ów wpatrywała się w zjawisko ze strachem. W końcu głowa rodziny odważyła się, by w końcu się odezwać.
-To tylko iluzja. Sztuczki. Magia nie istnieje.
-Ach tak? Więc jak pana zdaniem pańska córka przeniosła się o kilkaset kilometrów w ciągu sekundy?
-To już nasza rodzinna sprawa.
-Proszę pana. Pańska córka…
-Moja córka jest najlepszą uczennicą renomowanej na skalę światową szkołę. Nie porzuci tego dla pańskiego chorego wariatkowa.
-Nie sądzę, by nauka jakiej udzielają w rzeczonej szkole pomogła pańskiej córce w zapanowaniu nad jej zdolnościami. To zniszczy jej możliwość normalnego funkcjonowania w waszym społeczeństwie, jak i naszym.
-Pójdę. – odezwała się w końcu Arianne.
-Co?! – zerwali się na równe nogi rodzice.
-Pan Lupin ma rację. Czytałam o tym. Nie chcę ryzykować. Co jeśli się zdenerwuję i cały dom stanie w ogniu? Co jeśli zrobię komuś krzywdę? Muszę nauczyć się nad tym panować. Od kilku dni żyję jak warzywo. Pilnuję się, by o niczym nie myśleć, by przypadkiem czegoś nie zapragnąć. Nie mamy tu nic do gadania. Już za późno. Mamo, tato… ja… jestem… – ostatnie słowo nie przeszło jej przez gardło.
-Czarodziejką. – podpowiedział jej profesor Lupin.

Rozdział I ~ „Pamiętny Dzień”

Dążenie do bycia idealnym. Dlaczego tak wielu ludzi właśnie to obrało sobie na swój życiowy cel? Ideał. Kim tak właściwie jest? Czy istnieje ktoś taki? Czy da się być idealnym? Czy jest to możliwe dla człowieka? Ideał. Człowiek piękny, inteligentny, dobry. A może nie? Może zbyt piękny człowiek zamiast zyskać w oczach innych jest po prostu nienawidzony? Może inni ludzie z czystej zazdrości go odtrącą? Może zbyt wysoki poziom inteligencji to ludzkie utrapienie? Może zbyt racjonalnie myślenie pozbawia marzeń i wrażliwości siebie i innych? Czy więc ideał byłby akceptowany przez społeczeństwo?
Jak widać, to zależy. Istnieje pewna osoba uważana za ideał. Sama dobrze wie, że to tylko pozory. Nieidealna nastolatka uważana za idealne dziecko. Tym idealnym dzieckiem jest Arianne Swallow. Piętnastoletnia mieszkanka Londynu, uczennica renomowanej szkoły, grzeczna córka, uprzejma sąsiadka, kochająca przyjaciółka. Takich pięknych, pozytywnych określeń jest o wiele więcej. Czy jednak jest ona właśnie taka?

__________________________________________________________

~~Rozdział I – „Pamiętny Dzień”
Tym razem obudził ją krzyk podenerwowanej matki:
-Arianne! W tej chwili wstawaj! Już późno, jeszcze tylko tego brakuje, żebyśmy się spóźnili! – krzyknęła wchodząc do jej pokoju. Dziewczyna żałowała, że nie obudził jej budzik, który tak po prostu mogłaby wyłączyć i spać dalej. Westchnęła cicho chowając się ponownie pod kołdrą, tak ciepłą i przytulną.-Arianne! – powtórzyła zniecierpliwiona matka. Piętnastolatka usiadła z cichym westchnieniem dając kobiecie do zrozumienia, że nie śpi.
Kiedy znalazła się już sama schowała twarz w dłoniach i podeszła powoli do małej toaletki. Westchnęła cicho widząc swoje odbicie. Co z tego, że większość widziała ją jako piękną, urokliwą dziewczynę skoro ona nie widziała tego co chciała? Z lustra zerkała na nią smutno niespotykanej, nietypowej urody nastolatka o ognistorudych lokach sięgających jej pasa, nienaturalnie intensywnych zielonych oczach i nieskazitelnej cerze. Nie była ani wysoka, ani niska. Była szczupła, dobrze zbudowana. Poczochrała włosy z niezadowoleniem. Miała po prostu dość tego, że wyróżniała się z tłumu. „Idealność” była jej utrapieniem od wielu lat.
Poranek minął jak każdy, tylko szybciej i bardziej nerwowo. Śniadanie, prysznic, poranna toaleta. Weszła do pokoju z westchnieniem podnosząc czarną sukienkę wybraną przez matkę specjalnie na tę okazję. Zrzuciła szlafrok i ubrała ją na siebie. Podeszła do lustra, upinając włosy w niedbały kok. Kilka niesfornych kosmyków opadało swobodnie dodając jej uroku. A tak bardzo tego nie lubiła.
-Tak, to stanowczo wystarczy.-mruknęła sama do siebie. Nie chciała makijażu czy biżuterii. Nie chciała się upiększać. Już wystarczająco nienawidziła swojego wyglądu, przez który wszyscy brali ją za „po prostu ładną buźkę”.
***
Siedziała cicho na tylnym siedzeniu samochodu wsłuchując się w słowa Bena Kowalewicza dobiegające ze słuchawek i wpatrując się w opadające powoli po szybie krople deszczu. Na zewnątrz było już ciemno. Jechali cały dzień zatrzymując się zaledwie kilka razy. Już piąty raz w tym dniu wsłuchiwała się w  ten sam refren, kiedy nagle poczuła, że samochód zwalnia. Spojrzała za okno. Nie było żadnych świateł oprócz mijających ich samochodów. Zdjęła słuchawki spoglądając na rodziców z niepokojem.
-Próbuj! – powtórzyła już widocznie któryś raz zdenerwowana kobieta.
-Próbuję. – odparł z westchnieniem ojciec. – Już nie odpali. – mruknął po chwili.
-Świetnie! – krzyknęła kobieta wysiadając z samochodu. To samo zrobiła reszta.
Arianne obserwowała zdenerwowanych rodziców ze spokojem. „Ojej.” – pomyślała z ironią – „Spóźnimy się na ślub ciotki. Co z tego? Mieszka na drugim końcu kraju. Prawie się nie znamy”. Westchnęła chowając telefon do kieszeni. W tej chwili jej uwagę przykuły głosy dobiegające z lasu. Krzyk. Damski. Zerknęła na rodziców. Jak to możliwe, że tego nie słyszeli? Byli aż tak pochłonięci rozmową? Przygryzła wargę i ruszyła niepewnie w stronę lasu.
Szła przed siebie zahaczając co chwilę płaszczem o krzaki. Głosy z każdą chwilą stawały się wyraźniejsze. Teraz słyszała rozmowę. Dwa męskie głosy. I wtedy ich zobaczyła. Schowała się za grubym pniem drzewa obserwując nieznajomych. Nie ziemi leżała kobieta. Chyba nieprzytomna. Obok niej stał uśmiechnięty mężczyzna wbijający wzrok w dwóch pozostałych. Wszyscy ubrani byli w ciemne szaty sięgające do ziemi. Chwila. Szaty? To raczej niecodzienny strój. To jeszcze nic. Po chwili jeden z mężczyzn wykrzyknął jakieś niezrozumiałe, nie istniejące słowo celując patykiem w drugiego. No okej. Byli w środku lasu. Patyki? To normalne. Jakiś wariat, chory umysłowo mężczyzna. Po chwili jednak Arianne zawahała się co do tego kto tutaj jest chory. Ku jej zdziwieniu z patyka wytrysnęła jasna poświata, iskra, promień, piorun.. Nie wiedziała jak to nazwać. Mężczyzna ugodzony światłem zgiął się w pół i upadł na ziemię. Wytrzeszczyła oczy ze strachem. To nie możliwe. Zwariowała. Miała omamy. Fatamorganę. Po chwili mężczyzna podniósł się, właśnie wtedy nastolatka zauważyła, że z kieszeni wypadł mu …kieł? Leżący tuż obok… złotego kielicha?
-Nie masz ze mną szans, Marcusie – wysyczał oprawca przykładając patyk do gardła swojej ofiary. – Znalazłeś moje horkruksy, zniszczyłeś niemal wszystkie. Ale tym razem Ci nie pozwolę. Tym razem zginiesz. Jak wszyscy inni, którzy mi się sprzeciwili. Zapamiętaj to. Ja jestem nowym Lordem Voldemortem. – wyszeptał z radością w głosie, gdy nagle jego ofiara niespodziewanie odepchnęła go jednym ruchem …swojego patyka. Zaczęła się walka. Teraz z obu …patyków tryskały iskry światła, a ich właściciele ze zwinnością im umykali. „To Twoja szansa, Arianne. Jeśli to fatamorgana, nic Ci się nie stanie. Jeśli rzeczywistość… musisz jeszcze raz przeczytać tę bajkę z dzieciństwa” – pomyślała nastolatka i błyskawicznie doskoczyła do przedmiotów. Z całej siły cisnęła kłem w kielich.
-Sectumsempra! – krzyknął przyglądający się jak dotąd sytuacji mężczyzna. Po chwili poczuła niewyobrażalny ból w klatce piersiowej, z której zaczęła lać się krew. Światła przestały błyskać. Wszystkie oczy zwrócone były na nią. Piętnastoletnią Arianne ostatkiem sił wyciskającą ostatnią kroplę czarnego płynu wypływającego z kielicha. Dopiero po chwili dobył ją skowyt dotychczasowego oprawcy. Sprawiała mu ból. Widziała to. Ale był zły. Wiedziała, czuła to. Po chwili ciało mężczyzny.. eksplodowało. Zamieniło się w popiół opadający powoli na ziemię. Arianne nie wytrzymała bólu. Wylało się z niej tyle krwi. Opadła na ziemię. Od razu pochyliła się nad nią dotychczasowa ofiara. Nieznajomy przyłożył do jej klatki piersiowej swój… patyk. Po chwili poczuła jak ból ustępuje. Krew wracała. Cofała się z ziemi do jej ciała. Nagle poczuła mocny ucisk. Spuściła wzrok. Czarna ciecz upływająca jeszcze chwilę temu z kielicha wymieszała się z jej krwią. Chciała krzyknąć, ale nie mogła. Po chwili mężczyzna próbujący ją ratować opadł bezwładnie na ziemię. Sprzymierzeńca „Nowego Lorda Voldemorta” doszedł do siebie. Spojrzała na niego ze strachem w ostatnim momencie uskakując przed blaskiem światła dobiegającego z patyka wroga. Uciekła pomiędzy drzewa z paniką szukając drogi powrotnej. Po chwili wybiegła spośród drzew. Rodzice spojrzeli na nią ze strachem.
-Arianne! – wykrzyknęła jej matka – Gdzie się podziewałaś?? Jak mogłaś, przecież… – ale Arianne jej nie słuchała. Wskoczyła na siedzenie kierowcy z determinacją próbując odpalić auto. Po chwili rozległ się warkot silnika.
-Tato! Tato, szybko, jedziemy stąd! – wrzasnęła wskakując na tylne siedzenie. Rodzice spojrzeli na nią ze zdziwieniem i z mniejszym zapałem wrócili do samochodu, który powoli ruszył.
Dziewczyna spojrzała przez okno. Spomiędzy drzew rozbłysło zielone światło. Dokładnie to samo, które poprzedzało wrzask kobiety i które uznała za przywidzenie. Ktoś zginął. Nie wiedziała kto. Opadła bezsilnie na siedzenie zwijając się w kłębek. Ból dochodzący z jej klatki piersiowej był nie do zniesienia. Zmrużyła oczy całkowicie się mu poddając i odpływając.

Kilka słów od autorki

Witam.
Na samym wstępie chciałabym napisać, że nie było mnie tu już od bardzo dawna. Onet zmienił się niesamowicie. Trudno jest mi się teraz przestawić i połapać w tych wszystkich funkcjach widgetach itd.
Będę starać się publikować kolejne wpisy regularnie. Oczywiście na początek zapewne dodam kilka rozdziałów jak najszybciej, by ukazać Wam świat przedstawiony i wdrożyć Was w akcję.

Nie zależy mi na popularności. Nie zamierzam rozsyłać spamu reklamującego bloga. Być może pojawi się tu jakiś zbłąkany wędrowiec?  Piszę głównie dla siebie, ale miło mi będzie, jeśli komuś jednak spodoba się to, co podsunie mi moja lekko szalona wyobraźnia.